Historia jednej fotografii

Piotr Baran. Mój Pradziadek. Strzelec, żołnierz Kampanii Wrześniowej

Na fotografii znajduje się mój Pradziadek, Piotr Baran, żołnierz Kampanii Wrześniowej. 
A historia, którą chcę Wam opowiedzieć zaczyna się tak :
Mieczysława, przyszła na świat 25 Grudnia 1939 roku. 
Urodziła się w rodzinie chłopskiej, w Dawidowie pod Lwowem, kiedy te ziemie jeszcze należały do państwa Polskiego. Matka, z zawodu kucharka, Rozalia, pracowała w pobliskiej Leśniczówce. 
Gotowała najlepsze staropolskie potrawy, toteż kiedy zjeżdżała się śmietanka i polska elita hrabiów i panien hrabianek, proszona była na Dwór, w celu przygotowywania wytwornych kolacji i dopatrywanie o to, żeby gościom niczego nie brakowało (Prababcia była wybitną kucharką, cenioną w kręgach naszej polskiej inteligencji dwudziestolecia międzywojennego).
Ojciec Mieczysławy, Piotr, ciężko pracował na roli. Miała dwójkę braci, Stanisława i Wilhelmiego, nazywanym pieszczotliwie przez nas wszystkich Wilusiem.
Była jeszcze siostra, Kazimiera, ale zmarło jej się z powodu choroby w wieku 13 lat.  
Skąd moja Rodzina znalazła się na Kresowych ziemiach ? 
    Otóż mój Prapradziadek Bazylii, z pochodzenia Słowak, przyjechał na te ziemie jeszcze przed I Wojną Światową ze Słowacji, a wtedy jeszcze Austro-Węgier ( które były pod panowaniem dynastii Habsburgów). Jego Brat, a mój Wuj, był wysoko postawionym oficerem armii cara Franciszka Józefa, męża słynnej cesarzowej Sisi. Niestety przez gorący, potajemny romans z jedną z Dam dworu, o którym niestety się dowiedziano, został wydany na niego wyrok śmierci, za podżeganie do popełnienia mezaliansu i został zmuszony wraz z Rodziną uciekać do Polski. I tak znaleźli się w Dawidowie, w którym kupili ziemie i tam Bazylii poznał moją praprababcię Julię. 
Kiedy wybuchła II Wojna Światowa, nikt nie spodziewał się jakie żniwo ze sobą zbierze. 
Kiedy Hitler obiecał Ukraińcom stworzyć ich własne Państwo na terenach Kresów, wolną Ukrainę, świat zmienił się nie do poznania.
Wyobraźcie to sobie, mieszkacie w swoim rodzinnym domu, Wasze życie kręci się wokół jednego miejsca. Nagle sąsiad, który był Twoim przyjacielem, mówi Ci, że masz się stąd wynosić, że nic tu po Tobie, że nic nie jest Twoje i do Ciebie już nie należy. I tak nastała epoka sąsiedzko-ukraińskiej nienawiści do ludzi, z którymi wcześniej żyli jak jedni bracia i przyjaciele. 
Przyszedł czas biedy i głodu. Czas zagłady, obozów i cierpienia ludzkiego. 
Pewnego dnia przez Dawidów przejeżdżał transport Żydów do Oświęcimia. 
Pociąg zatrzymał się pośrodku pola, na którym pracowali chłopi. 
Piotr zauważył pewnego starszego człowieka, który próbował wyciągnąć z pociągu małego chłopczyka. Jakimś cudem nikt z Niemców tego nie zauważył. Podał chłopca Piotrowi i poprosił, żeby się nim zaopiekował, dobrze wiedząc dokąd jadą i zdając sobie sprawę ze swojego okrutnego losu, wiedział, że już nigdy stamtąd nie powrócą. 
Piotr, nie chcąc narażać własnej rodziny, ukrył chłopca u znajomego, bezdzietnego małżeństwa. Niestety ktoś we wsi się o tym dowiedział i nocą przyszło po nich Gestapo.
Zabrali chłopca na skraj lasu, a kiedy ten bawił się, klęcząc na kolanach, strzelili mu prosto w głowę. Taki los spotkał miliony niewinnych dzieci i żydowskich i polskich.
Życie toczyło się dalej. Mówią, że za Niemca i tak było lepiej, nikt nie spodziewał się tego co miało nastąpić. Tarnopol, Wołyń. I co raz bliżej Lwów. 
Bieda doskwierała każdego dnia. Rozalia, cierpiała patrząc, że nie jest w stanie w pełni zapewnić dobytku swoim dzieciom. Do Lwowa jeździła sprzedawać wszystko co udało jej się zebrać na gospodarstwie. Jaja, mleko, chleb, warzywa. W tamtym czasie poznała tam bardzo zamożnych ludzi. Małżeństwo, choć młode, bogate, z dobrym pochodzeniem i wykształceniem mieli wszystko, o czym człowiek prosty mógł tylko zamarzyć. Jednak nie mogli mieć tego, czego pragnęli oboje najbardziej. Potomstwa. Kobieta nie mogła mieć dzieci i cierpiała z tego powodu na silną depresję. 
"Dobrzy ludzie, niezwykli jak na tamte czasy", opowiadała mi Babcia. 
Rozalia postanowiła, że odda im dziewczynkę. Nie dlatego, że jej nie chciała czy nie kochała. Ale właśnie dlatego, że kochając ją najmocniej na świecie pragnęła dla niej wszystkiego co najlepsze. Choć sama nie potrafiła zapewnić jej należytej przyszłości, któregoś razu, przyprowadziła ją ze sobą. Miała piękny pokoik, domek dla lalek, życie o jakim nie śniłaby nigdy dotąd, o jakim mogła posłuchać tylko w baśniach opowiadanych na dobranoc. Mogła poczuć się jak prawdziwa królewna, do której uśmiechnął się los. W rodzinnym domu nie mieli tylu zabawek, właściwie jedyne co posiadali to malutką piłeczkę i drewnianego konika.   
Rozalia płakała całą drogę, wracając bez dziecka do domu. 
Miecia była zbyt mała, żeby to zrozumieć, ale kiedy przestawała się bawić, płakała za Matką, Ojcem i Braćmi. I choć kobieta i mężczyzna byli dla niej naprawdę dobrzy, nigdy nie zastąpili jej rodziców. 
Któregoś dnia Rozalia wróciła. Zabrała dziewczynkę, pomimo tego, że wiedziała, że nie będzie im łatwo, ale mówią, że tak to już jest i nie ma nic silniejszego od miłości Matki do dziecka. 
Pan i Pani domu, nie byli tym faktem zachwyceni, ponieważ bardzo Miecie polubili, wiedzieli natomiast, że nigdy nie będzie u nich szczęśliwa, bez swojej prawdziwej rodziny. 

Piotr został powołany do wojska. Doszedł, aż pod sam Berlin, za co został odznaczony Krzyżem Virtuti Militari. Ciężko ranny, został przewieziony do szpitala w Sopocie. 
A potem powrócił w rodzinne strony. 
Pewnego dnia wyruszył do lasu z synami po drzewo, kiedy nagle usłyszał jęki i skomlenia. Nieopodal, pod drzewem, leżał ranny chłopak. Niemiec. Był bardzo młodym chłopakiem, w wieku 17-18 lat. Na imię miał Walter. Zabrali go ze sobą, a Rozalia opatrzyła mu rany. I tak został z nimi na jakiś czas. Pomagał przy gospodarce, w polu. Zajmował się wszystkim. Kiedy po raz pierwszy pojawił się w ich domu, brudny, obolały i zmęczony, rozebrali go, umyli, a skarpetki, które miał na nogach wręcz tańczyły od pcheł same po podłodze. Przyzwyczaił się do nich, był bardzo wdzięczny za uratowanie mu życia. Niestety po jakimś czasie, słychać było po wsiach wieść o tym, że zbliża się już Armia Czerwona i pali wszystko co napotka na swojej drodze. We wsi obok zagonili wszystkich mieszkańców do kościoła i podpalili. Ksiądz z Dawidowa żył w przyjaźni z księdzem z Cerkwii ukraińskiej. Kiedy tamten go ostrzegł, któregoś ranka nakazał ludziom uciekać. Piotr dał Walterowi prowiant i kazał odejść. Walter płakał, a odchodząc obiecał, że po wojnie ich odnajdzie, żeby się odwdzięczyć za to co dla niego zrobili. 
Niestety nigdy się już nie spotkali. Próbowałam go odnaleźć przez Czerwony Krzyż, żeby się dowiedzieć czy przeżył wojnę i czy szukał mojego Pradziadka. Niestety posiadałam zbyt mało informacji.
Rozalia do Leśniczówki już nie wróciła. Całą rodzinę Leśniczego, wraz z Panem domu, wymordowali nocą. Uchowała się jedna córka, którą zmuszono do ożenku z Ukraińcem. Wieści powojenne obiegły potem uratowanych Kresowian, że została przez niego zagłodzona i zamordowana w komórce, w której ją parę lat przetrzymywał, gdzie się nad nią pastwił za to, że była Polką. 
Dawidowianie byli już gotowi do wyjazdu. W Pociągu, którym jechali, były całe dobytki ludzkie, krowy, świnie, wszystko co dało się zabrać. Rozalia wybiegła z pociągu ponieważ przypomniała sobie o Piesku, który został na podwórku przed domem. Kiedy wróciła, Ukrainiec pogroził jej lagą i rozkazał w tej chwili się wynosić, wystraszona odeszła, a Łatka piszczała za nią na podwórku, ukraińskie dzieci rzucały w nią kamieniami i zamęczyły ją na śmierć. 
Ruszył pociąg. Ludzie nie wiedzieli dokąd jadą. Gdzie się zatrzymywał, tam wychodzili. 
Piotr z Rozalią i Rodziną wysiedli w Bierutowie na Opolszczyźnie. Doszli do wsi Bukowie i tam się osiedlili, w nowej rzeczywistości, komunistycznym już państwie, Polskiej Republice Ludowej.  
Rozalia zmarła po latach we Wrocławiu na silne zapalenie płuc, gdzie przenieśli się kiedy Miecia wyszła za mąż, za mojego Dziadka, Aleksego 
(Dziadek mój pochodzi spod Warszawy, ale tą historię opowiem wam innym razem).
Nikt nie słyszał jej cierpienia, jej wołania, kiedy leżała w Sylwestra na szpitalnej sali, a pielęgniarki malowały się na bal w pokoju obok. 
Piotr zmarł lata później, w wieku 93 lat, mając możliwość poznania swoich wnuczek i prawnuczek. 
Nazywał nas swoimi Kukułeczkami. 
Kiedy zmarł w szpitalu, budzik w Naszym domu wybił o godzinie 4 rano. Do szkoły wstawałam o 6, więc dał o sobie znać kiedy odchodził, a u Wujka Wilusia w Stanach, gdzie się przeniósł w czasach Komuny, ktoś tamtej nocy chodził po domu. Wierzcie bądź nie, ja wierzę, że coś tam musi być po drugiej stronie. 
Po Pradziadku zostały nam zdjęcia, medale, wspomnienia przekazywane z pokolenia na pokolenie i list który napisał dla nas wszystkich po wojnie. 

Przeczytajcie go sami : 

Brałem udział w walkach, w miejscowościach o nazwach niemieckich, których nie pamiętam. Ale pamiętam ciężkie i zażarte walki z Niemcami; pamiętam Gdańsk i Gdynię, forsowanie Odry i Nysy. Przez cały czas biliśmy Niemców broniących się zajadle; po kawałku zdobywaliśmy tereny, stale okopując się lub zajmując okopy niemieckie, w których leżeli ranni i martwi Niemcy. Biliśmy Niemców, ciągle posuwając się do przodu w stronę Berlina. A poza nami, sanitariuszki opatrywały rannych, zbierano poległych. Na 35-tym kilometrze przed Berlinem, wojska radzieckie zajęły prawe skrzydło, a my lewe, okopując się. Z okopów strzelaliśmy bez przerwy, raz za razem, do Niemców, którzy bronili się zajadle. ‘’Katiusze’’ waliły i czyniły wśród Niemców wielkie spustoszenie, a my przeskakując i walcząc, szybko zajmowaliśmy zdobywane tereny. Niemiecki opór był straszny; największy opór skierowali oni przeciwko żołnierzom radzieckim, których tu bardzo wielu poległo. To już nie była walka, to była rzeź. Już nie strzelaliśmy, lecz walczyliśmy wręcz, kolbami, bagnetami, broniąc zdobytych terenów i własnego życia. Nie czuliśmy ani zmęczenia, ani strachu. I stale posuwaliśmy się naprzód, zostawiając za sobą martwych i rannych, których przenoszono do punktów opatrunkowych. Wśród rannych znalazłem się i Ja – dostałem w nogę. Z punktu opatrunkowego przeniesiono mnie do szpitala w Sopocie. Moja noga była strzaskana i lekarze orzekli, że trzeba ją amputować. Był w szpitalu polski lekarz, dr Hebel, który zajął się moją nogą i nie dopuścił do jej amputacji. W szpitalu, w którym przebywałem od 18 kwietnia do 15 grudnia 1945 roku, przeszedłem trzy operacje. Prosto ze szpitala, utykając na nogę, ale przy pomocy laski, udałem się prosto do Warszawy dla uzyskania wizy, by wrócić do rodziny w Dawidowie. W domu byłem od grudnia 1945 roku do maja 1946 roku. Zabrałem rodziców, żonę i dzieci i wyjechałem na Ziemie Odzyskane. Osiedliłem się w powiecie Oleśnickim, w miejscowości Bierutów. Przez dwa lata przebywałem na folwarku PGR, ale z powodu chorej nogi, na roli pracować nie mogłem. Rodzice moi pozostali na gospodarce, a ja szukałem lżejszej pracy. Udałem się do Oleśnicy, gdzie podjąłem pracę jako strażnik w fabryce. Pracowałem tam od 1949 r. do 1954 r. Z Oleśnicy wyjechałem do Wrocławia, gdzie od 1954 r. do 1968 r. pełniłem obowiązki strażnika w Wytwórni Filmów Fabularnych.
Piotr Baran 

Babcia Miecia, opowiadała, że w Wytwórni Filmów, zaprzyjaźnił się ze znanym, polskim aktorem Zbyszkiem Cybulskim, a po pracy umawiali się czasem na przysłowiowy kieliszeczek wódki. Tym samym, którego tablica upamiętniająca znajduje się na jednym z wrocławskich peronów, gdzie zginął, wskakując do jadącego pociągu. 
W komunistycznej Polsce, Piotrowi odebrano wojenną rentę. Był wojskowym, więc według ówczesnych władz nadal był dla nich zagrożeniem. Żył skromnie, ale był cudownym człowiekiem. Kiedy byłam mała, cierpiał już na demencję starczą. Nie pamiętał co robił przed momentem, gdzie był, ale pamiętał całe swoje dzieciństwo. Nie potrafił zjeść na obiad czerwonego barszczu, mówił, że kojarzy mu się z krwią. Do końca spacerował kuśtykając nogą, o lasce. Z tego co opowiadała Babcia, Pradziadek po śmierci swojej Żony Rozalii, dużo podróżował po byłym już dzisiaj ZSRR. Był osobą towarzyską, lubił ludzi i często odwiedzał swoje kuzynostwo, w różnych częściach Wschodu Europy. 
Dziadzio Piotruś.

Z opowiadań wynika, że większość majątku rodzinnego, została zakopana na podwórku w Dawidowie. Pamiątki, książki, dokumenty. Wierzyli, że jeszcze kiedyś wrócą do domu. Nie wrócili już nigdy. Uchował się srebrny krzyż, który dostałam od swojej Babci na pamiątkę po mojej praprababce Julii i obraz Matki Boskiej, który dostała moja Mama. 
Dlaczego Wam o tym napisałam. Jest druga w nocy, a ja nie mogę zasnąć. 1 sierpnia, odbyła się 76 rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego. Wszyscy pamiętają o bohaterskich czynach, walczących i poległych za Warszawę. Ale kto mógłby pamiętać o prostych, zwyczajnych żołnierzach, których historia jest zupełnie nieznana. 
Piszę o tym bo chciałam wam o tym opowiedzieć. O człowieku zwyczajnym, ale niezwyczajnym dla mnie, o prawdziwym Polskim bohaterze, który żył po cichutku, nieznany, ale który walczył za to, żeby Polska była wolnym krajem, żebyśmy my, mogli żyć tutaj godnie i szczęśliwie. 
Nie zapominajmy o tym. Historia pamięta i tą pamięć trzeba przekazywać dalszym pokoleniom, pielęgnować ją i nie chować jej między zakurzonymi książkami. Jest to historia bohaterskiej walki, historia miłości do Ojczyzny, do Rodziny, do drugiego człowieka. O tym jak człowiek nawet w obliczu wojennej tragedii potrafił być człowieczy względem drugiego. O niesieniu pomocy, nawet za cenę poniesienia śmierci, wszystkim potrzebującym bez względu na pochodzenie. Ludziom.
Chciałabym, żeby każdy z Was pamiętał o swoich rodzinnych historiach, bo to one uczą i dają nam najlepszą i najprawdziwszą lekcję życia, lekcję honoru, szacunku, pokory i bezwzględnej miłości. Do człowieka. Czy to Polak, czy Żyd czy Niemiec, czy Ukrainiec, czy ktokolwiek inny. To jest człowiek. Pamiętajmy o tym, w dobie nietolerancji szczególnie. 
I na koniec, taka myśl przyszła mi do mojej głowy. Jeżeli los się do mnie kiedykolwiek uśmiechnie i będę miała swoje dzieci, chciałabym je bardzo nauczyć tego czego nauczyła mnie historia mojego Pradziadka. Milości, tolerancji i szacunku do drugiego człowieka. Bez względu na wiarę i pochodzenie. Pamiętajcie o swoich "małych", wielkich bohaterach. Oni zrobili to dla Nas.













Komentarze

Popularne posty