Wrześniowa nostalgia

Przyszła Jesień. Może jeszcze nie ta kalendarzowa, ale pogoda daje się już we znaki. Ulewne deszcze, burze, szaro i ponuro. Jak dla mnie cudownie. Angielska pogoda. To jest to. Pewnie myślicie sobie co też ona wypisuje, albo że tak tylko sobie piszę. Otóż nie. Tego właśnie mi brakowało. Ponieważ w takie dni jak dziś, naprawdę mogę odetchnąć i skupić się na wszystkim co istotne, nie dryfując gdzieś w obłokach, jak to zwyklę robię, kiedy na dworze jest słonecznie i ciepło. Najlepszy sposób na taką pogodę jest oczywiście zaszyć się w domu, pod ciepłą kołderką lub kocem w łóżku, z filiżanką herbaty z cytryną i dobrą książką. Ale jest to też taki okres przeziębień. Nie trudno o katar. Dlatego też właśnie teraz trzeba na siebie uważać. Dość już słuchania o koronawirusie. Zupełnie mam tego dość, dlatego nawet nie włączam zbyt często telewizji. Po co się dodatkowo dołować czy stresować. Ten rok i tak jest inny od wszystkich, jakie były dotychczas. W tym roku wakacje były intensywne. Ale nie pod względem częstotliwości wyjazdów. Odkąd przejechaliśmy pół Europy w Maju, żeby zrobić niespodziankę naszym Mamom z okazji dnia Matki, potem nie wyjechałam nigdzie. I tak już tutaj zostałam. Przynajmniej na ten czas. Będąc tutaj, zdałam sobie sprawę z paru rzeczy, które diametralnie różnią Anglię od Polski. Może dwa lata to nie jest dla niektórych długo, ale dla mnie jest to wystarczający czas, żeby zwrócić na pewne rzeczy uwagę. 

Sposób bycia, nastrój, atmosfera, nastawienie ludzi w Wielkiej Brytanii. 

Pierwszą i bardzo uderzającą rzeczą dla kogoś kto mieszka za granicą i wraca do kraju jest zwyczajne, ludzkie nastawienie do codziennego życia i do ludzi spotykanych na codzień. Mieszkając w Wielkiej Brytanii zauważyłam bardzo istotną rzecz. Może wytłumaczę to odrazu na przykładzie. Wychodząc z domu w Middleton, gdziekolwiek bym nie poszła, czy z psem na spacer, czy do sklepu, wiecie no takie normalne osiedlowe wyjście, jest poranek, mijasz po drodze obce Ci osoby, wszyscy się uśmiechają, mówią Ci dzień dobry, pytają jak sie masz, zagadują, nawet kiedy zupełnie ich nie znasz. A kiedy nawet znikasz na parę dni czy tygodni bo z jakiegoś powodu wyjeżdzasz, na przykład na urlop to kiedy wracasz, pytają się dlaczego Cię nie było. Kiedy wchodzisz do sklepu w UK, ludzie są bardzo pomocni i uśmiechnięci, nie dlatego, że muszą czy powinni, ale dlatego, że po prostu tacy są i chcą być mili. W Naszym kraju zauważyłam, że jest zupełnie na odwrót. Jasne, może się ze mną nie zgadzacie, natomiast mnie to osobiście bardzo zakuło. Wychodzę z psem, nikt się do nikogo nie odzywa, a kiedy powiesz komuś dzień dobry, jeszcze jest zdziwiony, że w ogóle się do niego odzywasz. Wchodzę do sklepu, Pani z podniesionym tonem i grymasem na twarzy pyta co podać. Kupuję, wychodzę, mówię "do widzenia",  ale nie słyszę odpowiedzi. Ostatnio udałam się na zakupy do centrum handlowego. Wchodzę do sklepu z książkami, mówię głośno patrząc na Panią „Dzień dobry”, nie słyszę odpowiedzi. Podchodzę po jakimś czasie ponownie z zapytaniem o pewną książkę, której szukam. Słyszę głośne wzdechnięcie, słyszę odpowiedź „nie, nie mamy”, pytam ponownie, czy mogę ją dostać w innym punkcie, słyszę ponowne wzdechnięcie i pretensjonalne „zaraz sprawdzę”. Okazuje się, że jest w innym sklepie. Mówię "dziękuję bardzo za pomoc, do widzenia". Nie słyszę żadnej odpowiedzi. Brak kultury, humoru ? O co tu chodzi ? W Polsce mam wrażenie, że mnóstwo ludzi pracuje za karę, na stanowiskach, których nie cierpią, w  których się nie spełniają, które traktują codziennie jako „muszę”. Szkoda. Wiadomo, że czasy mamy takie, a nie inne, że ciężko o dobrą posadę, nie wspominając o solidnym, godnym wynagrodzeniu. Jasne, to wszystko jest do przyjęcia, ja to wszystko rozumiem. Ale jeżeli już wykonujemy daną pracę, gdzie mamy kontakt bliski z klientem, co nam szkodzi być miłym ? Czy coś na tym tracimy ? Fajnie jest móc wymieniać się pozytywną energią i też jest to zrozumiałe, że każdy ma prawo do gorszego dnia. Ale, żeby tak cały czas ? No to już fajne nie jest. Mam wrażenie, pomimo tego, iż urodziłam się na koniec Komuny, że jednak gdzieś ta mentalność w ludziach pozostała, czy została przekazana z pokolenia na pokolenie. Coś na zasadzie „czego ode mnie chcesz, po co tu w ogóle przyszedłeś”. To przykre, powiem szczerze, jeszcze nigdy nie spotkałam się z taką postawą w Anglii, ale myślę tu stricte o nacji angielskiej. Bo wśród polaków jest jak to wśród polaków. Lepiej trzymać się z daleka. Nie mówię tutaj o wszystkich, ale brak uprzejmości czy zawiść to jednak nasze cechy narodowe. Zazwyczaj nikt Ci nie pomoże, bo dlaczego ma Ci pomagać skoro jemu/jej nikt nie pomógł. Pracowałam niegdyś w firmie, która zajmowała się sportową odzieżą. Pracowaliśmy na maszynach prasujących, robiąc nadruki i etykiety na ubraniach, potem je składaliśmy i pakowaliśmy w paczki dla klientów. Praca, chociaż na stojąco, była dość przyjemna. Miałam swoje angielskie koleżanki, które były starsze od mojej Mamy, ale były tak wesołe i śmieszne, że robota leciała nam szybko i sprawnie. Dzięki temu mogłam wejść w nowe angielskie towarzystwo, z którym wcześniej, aż tak nie miałam do czynienia. No i było naprawdę przyjemnie, chciało mi się rano wstawać do tej pracy, chociaż zaczynaliśmy o szóstej rano, więc zimą czułam się jakby to był środek nocy. Mieliśmy pozytywnego szefa, który zawsze sobie żartował razem z nami, wiadomo jak było trzeba to też nas ganiał za zbyt częste rozmowy czy głośne chichoty, ale było to wszystko na jakimś przyzwoitym poziomie. O czym trzeba też napisać. W Anglii nie liczy się gdzie pracujesz, co robisz, żeby ludzie Cię szanowali. Liczy się, że pracujesz i na równi traktuje się człowieka pracującego na produkcji, czy jako sprzątająca, z osobą, która jest na wyższym stanowisku i siedzi wygodnie w fotelu w biurze. Jasne, napewno zdarzają się wyjątki, zawsze się trafi jakaś czarna owca, ale zazwyczaj jest jednak bardzo wysoka kultura pracy. No i tak miałyśmy swoją babską paczkę, Ja, June, Margareth, Dulcinea (czarnoskóra młoda dziewczyna). Jak widzicie misz masz kulturowy, a jednak było nam radośnie. Dziewczyny były też bardzo pomocne, od początku kiedy tylko przyszłam, wzięły mnie pod swoje skrzydła i zaopiekowały się mną jak należy, na spokojnie tłumacząc wszystko, jak ma być należycie wykonane. Jasne, Margareth była starszą kobietą, a nawet powiedziałabym taką typową zrzędliwą osobą, ale to było tak zabawne czasem, że wszystkie łącznie z nią się z tego śmiałyśmy no i przynajmniej nauczyła mnie porządnie składać ubrania, jak taka Mama. Dlaczego o tym piszę, teraz wam opowiem o innej grupie dziewczyn, także pracujących w tej samej firmie. Mówili o nich Polish Gang. Dlaczego. Była to grupa czterech kobiet, tak się składa, że z Polski. Na początku nie oceniłam ich źle, ponieważ staram się nie oceniać nowo poznanych mi osób, a nawet pomyślałam, miłe dziewczyny, ponieważ tak mi się wydawało. Jednak pracując z angielkami, zaczęłam się im przysłuchiwać i przyglądać, ze względu na to, jak rażąco się zachowywały. Nie mówię tu już o wrzaskach i nagminnym klnięciu. Ale o sposobie wypowiadania się o innych i traktowaniu innych osób. Obok dziewczyn, na jednej z pras, pracowała bardzo młoda dziewczyna, pakistanka. Dziewczyny zarzucały jej, że bardzo nie ładnie pachnie. Napisałam to w bardzo, ale to bardzo miły sposób, ponieważ one same, w ten sposób o niej nie mówiły. Po pewnym czasie, zauważyłam, że ta grupa ją po prostu gnębi. Wyśmiewają się z niej bardzo głośno, obgadują, wyzywają wręcz od najgorszych. Dziewczyna jakoś sobie z tym radziła. To była miła osoba, miałam okazję  z nią rozmawiać, pracując obok. Osobiście nie uważałam, żeby nie dało się obok niej stanąć. Może i miała specyficzny zapach perfum, ale ludzie, bez przesady. Dziewczyna była ambitna, bardzo młodziutka, zdawała na studia, więc postanowiła sobie dorobić. Ale słysząc codziennie makabryczne obelgi, od tych dziewczyn, po prostu coś w niej pękało. I wiedziałam, że któregoś dnia pęknie już do końca. Kiedy przyszła rano do pracy, nasz kierownik kazał stanąć jej na prasie jednej z tych dziewczyn, ponieważ tego dnia miało jej nie być. I tak też zrobiła. Ale niespodziewanie ta osoba, jednak pojawiła się tego dnia w pracy. Kiedy zobaczyła, że pakistanka stoi na jej miejscu wpadła w szał. Na dzień dobry powiedziała jej po Polsku „Wypierdalaj stąd ty pakistański śmierdzielu”, potem zaczęła ją obrażać po angielsku, a na końcu poszła na skargę, że nie będzie obok niej stać bo ona śmierdzi. Szczerze, stanęłyśmy z moimi dziewczynami jak wryte, a June tylko powiedziała, że ta polska klika dziewczyn jest nienormalna. I mało tego, nie do ruszenia, bo jedna z  kobiet była partnerką menadżera całej zmiany, więc wszyscy się jej bali i bali zwrócić się jej uwagę, że zachowuje się bardzo, ale to bardzo nie fajnie. Doprowadziła tą biedną dziewczynę do takiego stanu, że po prostu popłakała się i wybiegła do toalety. Poszłyśmy tam z June, żeby ją pocieszyć i zapytać się czy wszystko ok. To był ostatni raz kiedy widziałam ją w pracy. Więcej się nie pojawiła. I nie dziwię się. Walczyć z wiatrakami ? Podobno zgłaszała wyżej, że jest dyskryminowana i gnębiona, ale nikt nie reagował. Za to dziewczyny napisały oficjalne pismo do „góry”, że jeżeli ona będzie pracować obok nich, one nie będą pracowały. Bardzo to przykre. I szczerze, wtedy pierwszy raz wstydziłam się, że jestem z Polski. Drugi raz mnie zabolał, kiedy jedna z tych „Pań” podeszła do mnie i normalnie powiedziała wprost „ Wiesz, podpierdoliłam tego nowego chłopaka do kierownika, a co ja będę tu zapierdalać, a on sobie tylko coś na półkach układa. Więc poszłam i powiedziałam, że on nic nie robi haha, niech ma”.  Szok i niedowierzanie. Szczerze, wtedy pomyślałam sobie, nawet nie chcę, żebyście się do mnie odzywały, jeszcze po Polsku. Wstyd. No i ten biedny chłopak, w pierwszy dzień swojej pracy dostał jakiś tam ochrzan od kierownika. Dostał ochrzan za coś, co sam kierownik nakazał mu robić. June powiedziała, na ten Polsih Gang nie ma rady. Trzeba stać z boku i się nie odzywać bo wszystkie wylecimy. Pewnego dnia pokazywała nam na telefonie jak wyglądała za młodu. Długi piękny warkocz, piękna sukienka. Trwało to może 2 minuty. Ale akurat na nasz Kitting Room (tak się nazywał nasz dział), zszedł Polski menadżer, który tak naprawdę z naszym działem nie miał nic wspólnego, ale schodził czasem pogadać sobie ze swoją dziewczyną. Kiedy zauważył, że June pokazuje nam coś na telefonie odrazu zadzwonił na „górę”. June została wezwana na rozmowę i dostała reprymendę. Do końca byłyśmy w kiepskich nastrojach, a mi naprawdę było wstyd. Przed świętami dostałam od swoich dziewczyn kartki z życzeniami. To jest taki miły, angielski zwyczaj wymieniania się kartkami. Kiedy wróciliśmy na Nowy Rok z Polski, po Świętach Bożego Narodzenia, sąsiedzi także zostawili Nam kartki z życzeniami. W Wielkiej Brytanii nie ma takich normalnych skrzynek na listy, ale po prostu wrzuca się je bezpośrednio przez otwór, prosto do domu. Także wchodzisz i masz na podłodze wszystkie listy. Czasem też w łóżku, bo jak już kiedyś wam pisałam, Bonnie nauczyła się przynosić nam listy do łóżka. 

Kiedy trafiłam do pracy biurowej, w officie, gdzie pracowało 90% anglików, dopiero odżyłam. Diametralnie pracowało się inaczej. Wysoka kultura, normalne, miłe, fajne rozmowy. Co chwilę, ktoś podchodził do mnie pytając się czy chciałabym coś ciepłego do picia. To takie naprawdę miłe. Pomocni ludzie, przyjaźnie nastawieni. Bez problemowi. Zresztą taki był zwyczaj, że kto idzie sobie parzyć herbatę czy kawę, zawsze pyta ludzi w koło, czy chcą się czegoś napić. I to jest fajne. Nie raz było tak, że dziewczyny widziały mnie już przez okno, jak wysiadalam z samochodu i kiedy wchodziłam do biura kawa już stała na biurku. To są takie małe, drobne, ale miłe szczegóły. Kiedy miałam urodziny wszyscy śpiewali mi Happy Birthday, a na biurku czekały na mnie dwa szampany i kartka urodzinowa z życzeniami od wszystkich. Nie chodzi o to, żeby coś dostawać, ale o to, żeby obdarzać się uśmiechem, pozytywną energią i miłymi gestami każdego dnia. Bo to po prostu miłe. Po co sobie utrudniać życie, kiedy może być miło i przyjemnie. Pamiętam dzień, kiedy wróciłam do biura po urlopie z pierścionkiem zaręczynowym na palcu. Ile ja dostałam wtedy życzeń i miłych, ciepłych słów. Nikt nie zazdrości, nikt nie jest zawistny. Cieszą się razem z Tobą i nie jest to udawane.  Bo fałsz jesteś w stanie wyczuć na kilometr. Ale tu nie było żadnego fałszu, żadnej obłudy. Przypomina mi się mój pierwszy dzień w pracy, który okazał się wyjściem integracyjnym do słynnego telewizyjnego show „Crystal Maze”. Zabawa polegała na tym, że zostaliśmy podzieleni w grupy. Każda grupa miała swojego telewizyjnego przywódce, który robił całe show, od dziwacznego ubrania po zachowanie. No i musieliśmy biegać po wielkim studiu, które zostało wybudowane w formie labiryntu. Składało się z wielu pomieszczeń i każde było zrobione w innym stylu. Tak jakbyście przechodzili przez różne krainy, w różnych epokach. A więc byliśmy w średniowiecznym zamku, na wyspie piratów, a nawet zjeżdżaliśmy na zjeżdżalni przez Aztecką piramidę prosto w kosmos. W każdym miejscu musieliśmy wytypować osobę do odpowiednich zadań i zagadek. Generalnie głównym celem było odnalezienie jak największej liczby kryształów. Ja osobiście na 7 kryształów drużyny zdobyłam 3. To było fajne. Najpierw zdobyłam kryształ strącając długim kijem kaczki, które jeździły na szynach i uwierzcie mi wcale nie było to proste. Następnie musiałam zagrać w piachu w statki, docierając do kryształu. Trzeciego nie pamiętam już. Ale zadania były zabawne. I fizyczne i logiczne. Świetna zabawa, wszystko na czas i w zasadzie trzeba było przez dwie godziny biegać, ale czuliśmy się fantastycznie, jak takie małe dzieci poszukujące przygód i skarbów, naprawdę fajna integracja. Na końcu, po wręczeniu medali i nagród dla drużyn, mieliśmy mały bankiet. Pyszne, indyjskie jedzenie, winko, kawa, herbata, ciastka. Było wesoło. Polecam każdemu kto odwiedza Manchester, żeby się udać do Crystal Maze. Super przeżycie. No i słynne piątki  w biurze, kiedy zamawialiśmy wspólnie śniadania z Rafters. Ciepłe tosty, piadine, hamburgery. Piątek, to był taki dzień, kiedy oprócz obowiązków były już piątkowe, luźne rozmowy, na temat planów na weekend. Razem z dziewczynami zastanawiałyśmy się czym będziemy się relaksować, jaki alkohol lubimy, opowiadałyśmy sobie różne, śmieszne historie. Pracę kończyliśmy dwie godziny wcześniej, więc od godziny 15, miałam już weekend. Wychodząc, każdy życzył sobie dobrego weekendu. 

Pisząc o atmosferze i o ludziach na Wyspach, mogłabym tak w nieskończoność przytaczać najróżniejsze przykłady. Naprawdę jest to diametralnie odczuwalne i myślę, że dopiero jest w stanie mnie zrozumieć ktoś, kto mieszkał bądź mieszka za granicą. Czy to Anglia, czy Hiszpania czy Australia etc. To nie jest tak, że ja tu chcę tylko ten nasz kraj krytykować. Ale jest wiele rzeczy, które są po prostu do zmiany, a przynajmniej pewne sprawy czy postawa wobec innych jest do przemyślenia.  Nie wiem z czego to wynika. Po prostu tacy jesteśmy. To są takie nasze cechy narodowe, ale naprawdę można żyć inaczej i tego uczą podróże. Jesteśmy w stanie wtedy nabrać dystansu i przyjżeć się wszystkiemu z innej perspektywy. Zobaczyć, że może być inaczej i my też możemy być inni. Ja sama po sobie widzę, odkąd tu jestem, jak bardzo nastrój innych osób na mnie wpływa. I staram się z tym walczyć i robić wszystko, żeby jednak nie chłonąć tych negatywnych cech. Dobrze, jest być otwartym, ciepłym, miłym, pozytywnie nastawionym, optymistycznym i tolerancyjnym. I szkoda, że przyszło nam żyć w czasach pełnych ksenofobii i destrukcyjnego autorytaryzmu. A może zawsze tak było w tym kraju, tylko pewne rzeczy dopiero dostrzega się stając obok. Choć myślę, że za moich czasów, to tak źle jeszcze nie było. 

Taki dzisiaj nostalgiczny post. Troszkę wspomnień, porównań. Troszkę tęsknoty. Ja wiem, że nie da się wszystkich uszczęśliwić jednocześnie. A więc skoro tak, postarajmy się uszczęśliwić chociaż sami siebie. To my żyjemy tutaj i teraz, nikt za nas tego życia nie przeżyje. Może być naprawdę spoko, a może być beznadziejnie. Od nas samych wszystko zależy. Najchętniej chciałabym mieć wszystkich przy sobie, których Kocham i z którymi chciałabym żyć blisko. Niestety pewnych rzeczy nie da się tak poukładać na raz. Jest jak jest i jest ciężko. Kryzys, koronawirus, sporo utrudnień. Ale przyjdą jeszcze lepsze czasy. Muszą. 

Tymczasem czekam już na Halloween. Uwielbiam to święto, choć nie jest "Nasze". No i co z tego. Ja uważam, że każdy powód do celebrowania jest fanstastyczny. I nie widzę w tym nic złego. Halloween, nie przyszło tak na prawdę ze Stanów. Wywodzi się z Irlandii, a dokładnie było obchodzone przez niegdyś zamieszkałych tam Celtów, pierwotnie jako święto Samhain, gdzie w nocy między 31 października, a 1-szym listopada, granica między światem widzialnym, a zaświatami ulegała zatarciu. Aby zjednać sobie przychylność dobrych duchów, Celtowie przygotowywali dla nich dary w postaci pożywienia. Ale  o tradycjach Samhain i Halloween napiszę Wam kiedy przyjdzie na to odpowiedni czas :) Natomiast wspominam o tym, ponieważ pisałam na temat różnic. Otóż w Wielkiej Brytanii nikt nie ma problemu z tym, że ktoś chce obchodzić jakieś święto. To wolny i tolerancyjny kraj. Dzięki temu Żydzi mogą obchodzić święto Paschy, Arabowie Ramadan, a Anglicy Halloween. I tak naprawdę każdy celebruje sobie co chce i wyznaje co chce. I nie ma z tego tytułu problemów, nie jest wyśmiewany, nikt nie straszy go policją czy aresztem. A tego roku nasz wspaniały rząd dewaguje na temat ustawy zabraniającej przebieranie się w związku z Halloween za czarownicę, diabła czy kościotrupa. Chyba zapomnieli, że kolędnicy na Święta Bożego Narodzenia także przebierają się za diabła, ot co hipokryzja. No i podobno rodzice dzieci, które będą chodzić po domach, w celu zbierania cukierków zostaną ukarani mandatem w wysokości conajmniej 500 zł. Można ? Można. Nie ma to jak zepsuć komuś zabawę i ukościelniać wszystko co sprawia ludziom przyjemność. Taki mamy klimat w naszym kraju. Kraj chorobliwie katolicki i cofający się w stronę mroków średniowiecza. Cóż może i za to co napisałam zostanę kiedyś spalona na stosie, kto wie. 

Mamy Wrzesień, a więc sezon na ciepłe skarpety, kakao z marshmallows, kocyk i klimat Cozy lub Hygge, czy jak tam wolicie, co by było przede wszystkim przytulnie, miło, ciepło i rodzinnie, uważam za otwarty !!!!! Czytajcie dużo książek i spędzajcie wieczory w gronie tych, których kochacie i lubicie.

Wasza Fluffy Coffee. 



Komentarze

Popularne posty