American Quilt
Gdybym połączyła wszystkie elementy swoich wspomnień, w jedną mozaikę, zauważyłabym kilka głębokich rys na szkle. Postanowiłam je rozbić na miliony małych kawałków, a następnie wszystkie skrawki spróbowałabym obszyć w jeden kolorowy patchwork. Zaczęłam szyć, a amerykański quilt wychodzi z każdym rokiem co raz to dłuższy.
I właśnie zdałam sobie sprawę z tego, że życie zaczęło pędzić jak Golden Pass Express.
Skupiając się nad swoją kołdrą, patrzę po drodze ukradkiem oka na swoje dłonie. Zastanawiam się czy to wynik nie nałożenia kremu czy po prostu w moim wieku kobiety powinny mieć je szlachetniejsze, bardziej gładkie, delikatne. Porzucając to gdzieś daleko za sobą znowu zajęłam się wyszywaniem. Każdy kwadrat zawiera w sobie przeróżne, najrozmaitsze kształty. Cała paleta barw i odcieni. Na jednym z nich znajdują się kwiaty. Kiedy na Niego patrzę od razu czuję unoszącą się w powietrzu woń herbacianych róż, które dostałam kiedyś na swoje naste urodziny (kocham herbaciane róże i dostałam je od swojego Taty), a spoglądając dalej widzę jaśmin, który każdego wczesnego lata usypiał mnie w moim dawnym pokoju, rosnąc pod samymi oknami. I ten właśnie jaśmin przypomina mi moją największą oazę spokoju. Mój zaczarowany ogród, do którego wykradałam się nocą, kiedy wszyscy już spali, siadałam na bujanym krześle pod jabłonią i słuchałam wody, która szlachetnym, delikatnym dźwiękiem obijała się o kamienie w pobliskim strumieniu. Był niezwykły, wspomnienie o nim sprawia, że natychmiast się uśmiecham. Tajemniczy, cudowny, świeży, emanujący miłością jaką oddała z siebie z całego serca moja Mama, która go zaprojektowała. Dlatego te kwiaty, te wszystkie rośliny tak pięknie w nim rosły niczym w bujnej i zielonej dżungli.
Spoglądam oczami na kolejny kawałek mojego patchworku. I teraz widzę siebie jako małą, szaloną blond dziewczynkę, w ubrudzonej białej sukience i potarganych we wszystkie strony świata włosach. Widzę Gościniec, na którym rosły akacje. Widzę jak kładę się na ziemi w piasku i udaję, że w nim pływam. I minę mojej ukochanej Wandy (mojej drugiej "Mamy"), która za każdym razem widząc mnie w tym piasku najpierw rozkładała bezradnie ręce, a później śmiała się wniebogłosy. Widzę tam kobiety, które zbierały do koszy akacje na herbatki i tytoń nawlekany na druty, wieszany w specjalnie przygotowanych do tego suszarniach. Złociste kaczeńce rosnące nad rzeką. Na tym skrawku zostały wyszyte drzewa, przypominające mi całą Puszcze Solską, w której rejonie spędzałam wakacje przez bardzo długi czas swojego dzieciństwa. Na następnym kawałeczku można dostrzec niewielki domek u podnóża Alp. Kochane austriackie Sharnchtein, w którym mieszkałyśmy z Rodzicami przez kilka słonecznych tygodni. Na kolejnym kwadraciku rzuca się w oczy czerwona aksamitna nić. To generały. Ptaki, które pierwszy i ostatni raz w życiu widziałam w Stanach. Poniżej można dostrzec także niebieskie nici Potomaku i rzeki Missisipi. Pomarańczowe nicie przypominające Dolinę Pomników w odległej Arizonie, utkanego w kolorowe barwy Szalonego Indianina wyłaniającego się z czarnych gór Południowej Dakoty, znak dolara wygranego przeze mnie w Las Vegas w wieku 12 lat, zielone Palmy gorącej Kalifornii, czerwony most Golden Gate w San Francisco, biały napis Hollywood ze wspomnień kiedy odwiedzałam Los Angeles, Myszkę Miki z najpiękniejszego dnia mojego dzieciństwa spędzonego w Disneylandzie, chińskie znaki przypominające mi o największym Chinatown w Ameryce, indiański naszyjnik zrobiony z turkusowych koralików ze srebrnym łapaczem koszmarów, zagubiony gdzieś nad gejzerem wielkiej Daisy w Parku Yellowstone, maleńkie kolibry i kwiecistą werandę wujka Wilusia w Connecticut, tęczowe pióro zerwane z latającego ptaka przez Szalonego Mitcha, białego szamana, poważanego przez najbardziej tajemnicze plemię indian Hopi, którego poznałam w drodze nad Grand Canyon i pamiętne dwie szare wieże World Trade Center, na które wjechałam windą dokładnie 11 Sierpnia 2000 roku. O tej całej opowieści musiałabym uszyć osobną kołdrę złożoną z co najmniej dwudziestu ośmiu kawałków, przypominające mi 28 Stanów Ameryki, które odwiedziłam 21 lat temu.
Uszyłam także czarne baletki. To w nich pierwszy raz w życiu udało mi się zatańczyć. Przypominają mi olbrzymią pasję, której kiedyś chciałam poświęcić całe swoje życie, pierwsze taneczne turnieje, pokazy, mistrzostwa, brak ferii wypełnione ciężkimi treningami, taneczne wakacyjne wyjazdy. Wyszywam właśnie bursztynowe serduszko i list, który dostałam w niebieskiej kopercie od mojego najlepszego przyjaciela ze szkoły podstawowej, który kochał się we mnie przez długie lata naszego dzieciństwa. To był pierwszy i niestety ostatni miłosny list jaki w życiu dostałam. W dzisiejszych czasach przecież jest to już passe, a ludzie piszą do siebie jedynie przez portale społecznościowe. Jaka szkoda.
I te zielone wzgórza Anglii, obszyte zieloną nicią, tam gdzie trawa jest bardziej zielona niż gdziekolwiek indziej na świecie, a powietrze chłodne i wilgotne, gdzie deszcz pada na dzień dobry i dobranoc, gdzie Manchester, gdzie Middleton, mój poprzedni niegdyś ukochany dwustuletni dom, w którym duchy zamieszkujących tam niegdyś rodziny Todkill nie dawały mi spokoju każdej nocy.
Na kolejnym znajduje się głowa białego wilka, bo mam wilczą duszę. W kulturze dawnych plemion symbol niezależności i siły. Za czasów chrześcijaństwa utożsamiany z diabłem. Dla mnie mój osobisty talizman, alegoria swobody i bezkresnej wolności, a także wierności, lojalności i przywiązania.
Uświadomiłam sobie czego w życiu nie zrobiłam, a co było moim niegdyś największym marzeniem, które utkałam w złotego Graala na znak mojej miłości do archeologii, bo niczym niezłomna Lara Croft, miałam penetrować starodawne grobowce gdzieś daleko, daleko na drugim końcu świata i poszukiwać zaginionego skarbu Inków w dalekiej Amazonii, słynnego Vilcabamba.
Żółto-różowymi nićmi splotłam wschodzące słońce i dziewczynę skaczącą nago do wody. Przypomina mi ciepłe lato nad jeziorem i pamiętny pomost, na którym przesiadywałam do rana ze swoimi przyjaciółmi.
Schodzę dalej w dół. Dotykam wyplecionych skrzypiec, uwielbiam muzykę i dźwięk jaki z siebie wydaje ten instrument. Jest po prostu niezwykły i wywołuje na moich ramionach ciarki.
Na następnym skrawku umieściłam fioletową świecę. Bo kocham ogrzewać się ciepłem ognia i czuć zapach topionego wosku. Poza tym, przypomina mi zawsze o magicznej stronie życia i o tym, że oprócz tego co widać gołym okiem, są na tym świecie rzeczy niezrozumiałe i niepojęte, w które warto wierzyć, którym warto się przyglądać, których warto szukać w powietrzu, w drzewach, w niebie, w drugim człowieku.
Utkałam także średniowieczną bazylikę, na pewnej odległej wyspie. Bo przyśniło mi się kiedyś, że właśnie pod nią będę tańczyła "z nim" w letnim deszczu. Ten ktoś, to właśnie ten skrawek zagubionej mojej duszy, na którego czekam, aż zapuka do moich drzwi i któremu oddam na zawsze swoje serce, bo pokocha mnie dokładnie taką jaka jestem, bez chęci zmieniania mnie w kogoś innego. Obszyłam go czerwoną nicią, jako symbol miłości i porozumienia.
Na ostatnim już kawałku znajduje się biały, ziewający kot w szare plamy i maleńki piesek z odstającymi uszami. Moje całe życie, dwie schroniskowe małe bidy, którymi się zaopiekowałam, a które kochają mnie bezgranicznie jak nikt inny na świecie.
Cały patchwork jest jednym wielkim skrawkiem życia. Powstał w mojej głowie. Kiedyś jednak uszyję go dla kogoś, kto stanie się dla mnie bardzo bliski i ważny, dla kogoś kto będzie go potrzebował tak jak jak ja potrzebuję go teraz, moja mapa wspomnień, cudownych chwil, marzeń.
A życie toczy się dalej. A więc w drogę, ku pięknej przygodzie.
Moonlight Secrets Cafe





Komentarze
Prześlij komentarz